Mistrzostwa Polski Jachtów Kabinowych, Giżycko 26 – 29.VIII.2001

 

 

            Kolejne regaty, tym razem na własnym podwórku. Startujemy w starym składzie: Marek, Maciek, Wojtek, Andrzej i wschodzaca gwiazda żeglarstwa Łukasz „Lytr” Okułowicz. Łukasz po ostatnich regatach w Pucku poznał na tyle tajemnice tego sportu (to pewnie dzięki konsultacjom z Żubrem, który tak się przejmował edukacją Łukasza, że większość czasu, kiedy inni się ścigali, spędzał z nim na brzegu), że teraz wziął czynny udział w wywalczeniu srebrnego medalu. Nie zrezygnował jednak ze swojej roli trenera – koordynatora. Eksperymentalnie postanawiamy pływać we czwórkę, tak że każdego dnia w załodze następowały zmiany. Zmieniliśmy również klasę – teraz była to debiutująca w Pucharze Polski klasa T – R. Nasza łódka („Gemini 2000”) zgodnie z formułą pomiarową została doważona 350 kg. balastu (pocięty dźwig, Krzyś który cały dzień ciął palnikiem stalową, 10 - milimetrową blachę miał dostać za to 12 piwek, ale że były bardzo chłodne, więc dostał 8).

 

I dzień regat – czwartek 26.VIII.2001

            Nie wiem, co się działo z rana, ponieważ byłem jeszcze w Gdańsku. Chyba nic ciekawego, skoro chłopaki nie wspominali. Chyba jakieś pomiary? Czyli nuda. W jedynym tego dnia wyścigu mieli szanse zająć pierwsze miejsce, ale szkwały przyszły nie z tej strony co trzeba (bardzo słaby wiatr) i byli drudzy. Wieczorem, po moim przyjeździe, okazało się, że wszyscy zbieraja siły, tylko Marek i dwie jego kumpele wożą się po mieście, tak więc powoziliśmy się razem.

 

II dzień regat – piątek 27.VIII.2001

            Od samego rana piękna pogoda: słońce, silny wiatr (4 – 6 st. B), warunki wymarzone do pływania. Pierwsze dwa wyścigi bez specjalnych wydarzeń, poza tym, że komisja ustawiła dla naszej klasy bardzo długą trasę (trójkąt, śłedź, trójkąt, prosta), w takich warunkach jeden wyścig trwał ponad godzinę! Łukasz wyciąga swoje zajebiste rękawiczki, zwijamy się jak w ukropie, zwłaszcza przy stawianiu i chowaniu genakera (przetarł się bloczek przy fale), wszyscy zarobieni i spoceni. Ale przynajmniej ślizgi na genakerze były jak nigdy!! W tych dwóch wyścigach zajmujemy dwa drugie miejsca (po bardzo dobrych startach na halsówce przejeżdża nas „BIG STAR”). Po pierwszym wyścigu troche zmieniliśmy trym łódki – za bardzo ryła dziobem w wode (przy okazji kawał dźwigu omsknął się za burtę) – jak się później okazało, zaoszczędziłoby nam to sporo nerwów, gdyby jednak się nie omsknął. W trzecim wyścigu ze sterem siada Wojtek. Dobry start na czystym wietrze i pełnej prędkości, jesteśmy pierwsi i utrzymujemy prowadzenie. Nadciąga ogromna chmura burzowa, wszyscy zrzucają genakery, my wytrzymujemy do ostatniej chwili, zrzucając genakera dopiero na dolnej boi. Dzięki temu na drugą halsówkę wchodzimy z bardzo dużą przewagą nad druga łódką. Komisja postanawia przerwać wyścig, jesteśmy zawiedzeni. Widząc jednak zbliżającą się ścianę deszczu i wiatru (wiało chyba do 8 – 9 st. B.) postanawiamy nie cwaniakować, zrzucamy grota, rolujemy foka i czekamy w dryfie aż burza przejdzie. Po burzy spokojnie spływamy do portu i klarujemy łódkę. Jakieś groźby, ktoś („Hornet”) chce nas protestować, ale nic z tego nie wyszło. Dzwoni Żuber z pytaniem, czy aby nie wybieramy się do Mrągowa na piknik. Nie wybieramy się, więc Żuber, Maleś i reszta ekipy olsztyńskiej jest szczerze zawiedziona. Szybka wizyta w domu, przebieramy się i idziemy na bankiet przygotowany przez organizatorów regat. Marek stanął na wysokości zadania i przygotował to co miał przygotować, tak że o zaopatrzenie nie musieliśmy się martwić. Po kilku chwilach oczywiście nasz stół nie wyglądał jak przed naszym przybyciem (ach ten bigos), pojawiły się też jakieś kelnerki, więc mogliśmy się zarabiać nie ruszając się z miejsca. Śpiewy, pestki (stół to już dzieło sztuki prawie), rozmowy (bardziej i mniej poważne), uśmiechy od ucha do ucha....... Pobudka.

 

III dzień regat – sobota 28.VIII.2001

            Pogoda piękna, jak na zamówienie – słońce, wiatr jeszcze silniejszy niż wczoraj (skóra palona linami, ręce wyciągniete po kolana, zarobieni byliśmy jak nigdy i jeszcze ta strasznie długa trasa), Marcin Panaś zawsze chętny do pomocy (sam też nieźle zarobiony – pięknie przywalił nam motorówką w burtę). W pierwszym wyścigu trzecie (problemy z genakerem), w drugim po zaciętej walce oddaliśmy prowadzenie na drugiej halsówce i jesteśmy drudzy. W przerwie między wyścigami Marcin dostarcza nam zaopatrzenie. Chwila odpoczynku i kolejny wyścig. Tym razem jesteśmy pierwsi od początku do końca i wygrywamy. Rozwiało się, ślizgi na genakerze jeszcze większe niż wczoraj. Zaopatrzenie skończyło się, dla orzeźwienia wskakuję z Wojtkiem do wody (nasi kumple na łódce wcale nie ciagną nas tak szybko, że spada nam „ubranie”). W trakcie szaleństw komisja wciąga flagę przygotowawczą, na start zdążyliśmy w ostatniej chwili. Widać, że wszystkie załogi zmęczone (zarobione?), nikt nie walczy, płyniemy spokojnie, kończymy na drugim. Po sklarowaniu łódki i krótkiej wizycie w domu spotykamy się w „Płetwalu”. Powoli humory coraz lepsze (Baryła, skocz po Frugo, śpiewy), żeby było jeszcze ciekawiej idziemy do „Galerii”, po drodze zachaczając o „Delikatesy”. Ponieważ w „Galerii” pełno ludzi siadamy na schodkach przed wejściem i zajmujemy się tym co zwykle. "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję - zarobiony jestem!!!" Klatka zamieniona w jezioro (rzekę?), tik dezerter (gdzie ja jestem?) Marek i Łukasz wygrywają konkurs (nagrodę sponsorował Wojtek, a właściwie to Kasia), wycieczka na molo........ Jak następnego dnia doniósł Andrzej (45 minut przed startem: "Przyjedziesz po mnie?"), w Giżycku nie ma żadnego sklepu nocnego, poza stacją BP (czego on szukał w sklepie nocnym o tej porze??).

 

IV dzień regat – niedziela 29.VIII.2001

            Już chyba wszyscy mieli dość silnego wiatru, szczególnie po wczorajszym wieczorze. Wypłynęliśmy trochę spóźnieni, ale na start zdążyliśmy. W trakcie wyścigu wiatr osłabł, nudy niesamowite (wiadomo, że na pewno w regatach będziemy drudzy), Marek wskakuje do wody, pewna dobrze znana osoba nie portafi jednak tego zrozumieć, tik tata (trochę psuje nam to humor), przypływamy drudzy, w następnym wyścigu nie chce nam się już startować bo i tak nic to nie zmieni i spływamy do portu. Chcieliśmy trochę popływać na luzie, ale okazało się, że czeka nas jeszcze ważenie łódki i pomiary żagli. Czynność wydawałoby się prosta, ale trwało to tyle, że szkoda słów. Nawet słowa: „Jeszcze nie wiem co w życiu chciałbym robić, ale na pewno nie zostanę mierniczym” wypowiedziane mierniczemu prosto w oczy nie potrafiły zmusić go do odrobiny pośpiechu. Po kilkugodzinnej męczarni komisji wreszcie udało się wyliczyć nasz przelicznik: 5,35 (mało brakowało – maksymalny dozwolony to 5,38). No i w końcu to na co czekaliśmy: dekoracja. Błyskaja flesze, gratulacje, wywiady, brawa, hostessy – Marek Stańczyk, Maciek Kołosinski, Wojtek Myśliwiec, Andrzej Kucieński i Łukasz Okułowicz zdobyli vice – mistrzostwo Polski. Cieszymy się ze zwycięstwa w barze, wieczorem miał być jeszcze grill u Wojtka, ale niestety musiałem jechać do Gdańska...

MK 2001