Regaty o Puchar Spójni – Nieporęt 26-27.V.2001

 

 

   Miały to być nasze pierwsze regaty w tym sezonie w klasie 730. Od zeszłego roku zaszły duże zmiany: nie pływamy już na Ginie 730 „Atomic” (pożegnanie z bólem – ile pięknych chwil na nim przeżyliśmy...) tylko na Gemini 2000 (trzyletni jacht pływający poprzednio w barwach teamu OKB). Pojawiły się też nowe twarze w załodze: wielka nadzieja sportu wyczynowego Paweł Jakuć ps. „Lisek”.

Przed regatami Marek, Andrzej, Maleś i Lisek od świtu do nocy szykowali łódkę do wyścigów. W Nieporęcie pojawili się w piątek 25.V i zajęli się tym co zwykle (poza klarowaniem łódki).

 

I dzień regat – sobota 26.V.2001

            Od rana wiatr słabnie od 2,3 do 1 st.B. Przed wyścigami krótki trening i przymiarki z załogą z „Deceunicka”. Z punktu widzenia załogi wiele się nie zmieniło, poza kilkoma patentami. Steruje się jednak zupełnie inaczej od Gina, mniej też trzeba balastować (a raczej balastuje się na większym wietrze niż na Ginie, ale o tym przekonaliśmy się drugiego dnia). Wiatr cały czas słabnie, słonko świeci bardzo miło, po kilkugodzinnym pobycie w upale na wodzie poczuliśmy się strasznie „wysuszeni” (wzięliśmy na łódkę tylko po kilka łyków napojów). Powzięliśmy plan, aby szybko popłynąć do portu i zaraz wrócić, gdyby komisja zdecydowała się puścić wyścig. Po przepłynięciu połowy drogi zobaczyliśmy, że prawie cała reszta łódek też chyba myślała o tym co my i czekała tylko na hasło. W porcie szybki klar, obiad i postanowiliśmy poopalać się na pomostach. Dołączył do nas również Wojtek Myśliwiec, wielki fan kąpieli słonecznych (na uczelni ciągle siedzi na solarium). Wieczorem korzystając z odrobiny wiatru popływaliśmy jeszcze trochę, reszta wieczoru upłynęła bardzo szybko.

 

II dzień regat – niedziela 27.V.2001

            Wiatr od 1 do 4 st. B. Na wodę schodzimy punktualnie, trochę popływaliśmy dla rozgrzewki i w końcu wyścig. Start niemal idealny (walka przed starcie o zajęcie dobrej pozycji bez porównania mniejsza niż w klasie 470 – praktycznie nic się nie robi i prawie nie krzyczy na przeciwników, wystarczy wpłynąć). Dobre miejsca kilkadziesiąt metrów po starcie tracimy systematycznie na rzecz szybszych Majesticów, ale im też potrafimy pokazać na co nas stać. Na metę wpływamy na szóstej pozycji (mała scysja na górnej boi z Omegą prowadzona przez jakiegoś fantastycznego żeglarza, na szczęście bez rękoczynów) – nie jest tak źle, ale jak dla nas to za mało. Kolejny start – znów niemal idealny start i bardzo dobra pierwsza halsówka, dobry pełny i jesteśmy trzeci (pomógł nam falstart i w konsekwencji OCS załogi p. Malickiego). To jest to o co nam chodziło, ale okazuje się, że podobno dotknęliśmy boi i w konsekwencji po proteście (hm) fantastyczna komisja z sedzia na czele przyznaje nam w nagrodę DSQ. Ale na razie jesteśmy zadowoleni z prowadzenia łódki i całego wyścigu. Trzeci start – troszke gorszy („Deceunick” nas ubiegł w zajęciu korzystniejszej pozycji przy boi), ale też dobry. Przypływamy na czwartej pozycji i od razu spływamy do portu – więcej wyścigów już nie ma. Powoli pakując się dowiadujemy się o tym feralnym proteście, psuje nam to trochę humory. Mogliśmy zająć całkiem dobre czwarte miejsce, ale zdarza się i tak (w efekcie po proteście szóste). Ogólnie jak na pierwsze regaty (zupełnie bez treningu) nie jest najgorzej, ale wiemy, że może być lepiej. Pokażemy to na kolejnych startach – jeszcze wszyscy o nas usłyszą (jak się później okazało, na następnych regatach naprawdę wszyscy usłyszeli trochę o co poniektórych, ale i tak wszystkie indywidualne wyczyny idą na konto załogi).