Mistrzostwa Polski Klasy 470, Puck, 2-5.10.2003

Kolejny raz nie udało zdobyć się medalu :-) Ale nic dziwnego, skoro łódka stała półtora miesiąca na brzegu, a my nie trenowaliśmy.  W przygotowaniach przeszkodziła jak zwykle sesja (udana jak dla mnie w 100%), Akademickie Mistrzostwa Polski i regaty meczowe w Sopocie (obydwie imprezy wygrane ;-). Na szczęście Kapsel i Dworak (nasi starzy rywale) też nie trenowali, za to załogi mrągowskie trenowały na całego (Mistrzostwa Świata tuż przed regatami) i to ich należało się obawiać. Co prawda Emil sam się „wykruszył” ale Piachu na pewno nie dałby sobie w kasze dmuchać na wodzie. W teamie zmiany – Andrzeja na Mistrzostwach Polski zastąpił Kacper, ponieważ MBSW Giżycko musiało wystawić w regatach załogę juniorów.  

Przyjechaliśmy do Pucka we wtorek 30.09 z twardym zamiarem potrenowania i przygotowana sprzętu. Sprzęt przygotowaliśmy, siebie też (Neptun a później pokoje w Neptunie, ale ja już się „kimłem” ;-), w środę po południu (ciężki poranek) popływaliśmy jakies 45 min i tak przygotowani czekaliśmy na pierwsze wyścigi. Wieczorem znowu Neptun, ale szefowi odwaliło, zaczął się czepiać o jakąś pierdołę (niepijący alkoholik – totalna huśtawka nastrojów ;-) i obrazilismy się na niego i jego beznadziejną kawiarnię. Zostało mi jeszcze odśpiewane "Sto lat" bo Jasiu z Kacprem rozpuszczali plotę, że mam dziś urodziny :-) Sporo ludzi składało mi życzenia, ciągle ktoś podchodził, nawet Coach dał się nabrać :-) Zgłoszono ponad 20 załóg, znowu najechało kilka załog ze wschodu. Pierwszy start poszedł ładnie, od bojki, długi hals w lewo (razem z Saczkinem i Jasiem – bardzo dobre porównanie prędkości) na górę wchodzimy w grupie kilku łódek i w tej grupie płyneliśmy cały wyścig (na zewnętrznym trapezie dwa kółka), kończąc go na 7 miejscu. Nie działo się nic ciekawego, po prostu płynęlismy, zero walki, wiatr słaby, nuda. Na drugi wyścig musieliśmy trochę poczekać – wiatr skręcał, czas sie dłużył, ale jak się okazało to było jeszcze nic w porównaniu z przyszłymi wydarzeniami na wodzie. Drugi wyścig początkowo zapowiadał się rewelacyjnie – juz widziałem nas pierwszych na górnej boi, ale wiaterek spłatał małego figielka i dopłynęliśmy w drugiej dziesiątce. Jasiu z Kacprem nie zarządzili (szczegółowe wyniki są na www.470.sails.pl) i jak na razie cały nasz team miał bardzo dobrą pozycję do ataku :-) 

Ten wieczór z tego co pamiętam upłynął bardzo spokojnie w kawiarni w Delfinie. Pogadaliśmy z Zosią i z Wacem i Rafałem z klanu Szukielów, pękło parę piwek a spać poszliśmy w okolicach 23 ;-). Jakoś te regaty to już nie to co kiedyś (znowu narzekam ;-) – nie ma takich fazerów na innych klasach, nie to co kiedyś jak się „tańczyło” na rurce i suficie a w jakimkolwiek barze było pełno znajomych mord żeglarskich. Teraz to nawet dresiarze ze Spójni ściemniali. Wykruszyło się towarzystwo. Trzeba na drugi raz zapraszać silną ekipę albo olać wynik i porządnie i bez ściemniania zabrać się za rozrywkę. Jedyna zmiana na lepsze na tych regatach w Pucku to Delfin po remoncie – wszystko na wysoki połysk, kawiarnia, restauracja, tv i łazienka w każdym pokoju, internet.  

Drugi dzień regat zaczął się bardzo dobrze. Wiatr co prawda słaby, ale ponieważ staliśmy się załogą słabowiatrową, bardzo się z tego powodu ucieszyliśmy. Ładny start i jedziemy jak maszyna. Na boję wchodzimy w czołówce, a pełny to prawdziwa klasa – popłynęliśmy dalej niż wszystkie załogi, dostajemy szkwalik i wyprzedzamy kilka łódek (w tym Saczkina). Na ostrym przejeżdża na Saczkin, ale na kolejnym pełnym powtarzamy poprzedni manewr i znowu ich wyprzedzamy. Komisja skróciła trasę (wiało coraz mniej), meta była na pełnym, a my wpłynęliśmy na nią na drugim miejscu! Ponieważ Piachu składał na Sawika protest, który zresztą wygrał, to po czasie zostaliśmy jego zwycięzcą. Takie wyścigi jak ten to można pływać ;-) Kolejny poszedł jeszcze lepiej – po starcie wiatr odkręcił, my dostaliśmy korzystny szkwał (jednak nie zawsze wydaje lewa w Pucku ;-) i na górę wchodzimy w grupie trzech łódek. Kilka załóg (czołowych zawodników) w ogóle zrezygnowało z płynięcia, więc komisja wyścig przerwała. Faworyci muszą wygrać choćby się waliło i paliło. Na następny wyścig trochę poczekaliśmy. Wiatr kręcił, a komisja dawała popis niekompetencji. Jeśli dołożyć do ich wyczynów pogłoski o chlaniu co poniektórych sędziów na statku (i nie na statku – np przed zakończeniem regat), to nie dziwię się, że te regaty wyglądały tak a nie inaczej. Ale najlepsze miało się dopiero zacząć. Na starcie Marek chciał odpaść, machał więc sterem, aż tu nagle sędzia Krupa podpływa i wlepia nam karę za rumplowanie!! Na 470-tce rumplowanie.... Kręcimy te fakerski kółka, ludzie się oddalają a my powoli gonimy. Na zewnętrznym kółku robi się żużel (halsówka bez jednego zwrotu), a komisja nic nie robi. Może dlatego, że faworyci płynęli na początku, a może polewali sobie kolejkę? Kończymy wyścig wkur.... na maxa. 

Tego dnia wyścigów już więcej nie było. Wieczorem przyjeżdża Andrzej z Agnieszką i Radka, ale ponieważ Aga się źle poczuła, więc szybko z Andrzejem wrócili do Gdańska. My spędziliśmy wieczór na oglądaniu Borewicza (po raz trzeci) oraz w Brodaczu i Kaszebie na gadkach o wszystkim i o niczym. Na szefa dalej byliśmy obrażeni, więc w Neptunie nasza noga nie postanęła.  

W sobotę rano przebraliśmy się już przed klarowaniem, co było błędem zważywszy na odroczkę, którą wywieszono krótko po naszym przybyciu do portu. W Mistralu okazało się, że mamy brązowy medal – Sawik dostał DSQ, a że nie było odrzutki, więc byliśmy na trzecim miejscu. 

Nie na długo, bo wkrótce się rozwiało i wywalili nas na wodę. Trzy wyścigi nie poszły za dobrze, zazwyczaj odrabialiśmy straty, w drugim wyścigu wyżarliśmy się nawet na szóste miejsce, ale słabe pierwszy i ostatni wyścigi tego dnia przekreśliły szansę na dobre miejsce w regatach. Po pływaniu nie mieliśmy oczywiście co robić, a w swojej wielkiej wspaniałomyślności przebaczyliśmy szefowi Neptuna jego wybryk i odwiedziliśmy jego lokal. Powoli zaczęło zjawiać się coraz więcej osób i zrobiło się całkiem sympatycznie. Przemo pokazywał jakie jaja powinien mieć załogant, Jasiu zapodawał muzę, a jak wjachały nasze ulubione drineczki, to już widać było że impreza rozkręciła się na maxa. Szef znowu strzelił focha (Anka Sierpina stanęła na obicie siedzenia), ale go olaliśmy. Wracając do Delfina popis dał Dworak, który nie mógł wytrzymać z głodu: „Ej, daj gryza!! Zrobię wszystko za parówkę, za gryzka, za pół gryzka”. Dobrze, że nikt nie miał jakiegoś mądrego pomysłu.

Niedziela to znowu kompletna flauta. Wyścig puścili, płynęliśmy nie za dobrze, ale na szczęście przerwali bo ścichło do zera. Po któtkim zastanowieniu udaliśmy się w stronę portu, mimo, że komisja miała jeszcze ze 2 h czasu. Zaraz po naszym spłynięciu wyścigi odwołano. Po cholerę było w takim razie zmieniać instrukcję żeglugi i przesuwać czas ostatniego sygnału? Oczywiście zaraz po spłynięciu komisji przyszedł wiatr. Z tego co słyszałem o zakończeniu, niektórych albo bardzo suszyło, albo śpieszyli się do baru. Czy naprawdę nikt z PZŻ’tu nie może zająć się takimi przypadkami? Przecież takie regaty to jedna wielka ściema. Przyjachałem 300 km na wyścigi, czy zobaczyć jak się bawią na wodzie sędziowie?

 

Do góry
Zdjęcia z regat
Strona główna