Puchar Mazur, 10-11.V.2003

 

 

Pierwszy dzień pierwszych regat w sezonie: z rana nic nie zapowiadało, że sobie popływamy, ale to dobrze, bo mogliśmy w spokoju przygotować sprzęt i siebie przy okazji (sklep był blisko, ale przed pływaniem byliśmy spokojni). Przed wyścigami mieliśmy jeszcze sporo roboty przy sprzęcie, który poprzecierał się podczas ostatnich intensywnych treningów w Gdyni (miecz, fał grota, obciągacz bomu, kipy kontraszotów itp. drobiazgi), ale ze wszystkim zdążyliśmy na czas.

Niestety frekwencja nie dopisała - cztery łódki, dwie (Grzegorz Gontarz / Emil Bałdyga, Zuzanna Hanke / Monika Pawlukiewicz) z Mrągowa i dwie (Jasiek Fursewicz / Andrzej Kucieński, ja / Wojtek Myśliwiec) z Giżycka. Tym razem Giżycko startowało jako MBSW Giżycko (ex-MOS Giżycko), Pan Wojtek Caban został naszym trenerem, opłacił wpisowe, zgłosił nas do regat itp. Trasa krótka (trójkąt i śledź), wiatr słaby (od 0 do 1.5 st. B), cztery wyścigi, pierwszy wygrali Andrzej z Jaśkiem, drugi my, trzeci dziewczyny, czwarty znowu Jasiek i Andrzej. Oni też prowadzą w generalce, Wojtas i ja na drugim, trzeci Emil z Grześkiem, czwarte dziewczyny.

Teraz o nas: Wojtas pływał ostatni raz na 70-tce dwa lata temu przez pół godziny, ale dzięki małemu wiatrowi wszystko szło dobrze bez tzw. rzeźbienia i z każdą godziną było lepiej. Gdybyśmy w ostatnim wyścigu popłynęli 100 m. wyżej (Andrzej tak zrobił), pewnie bylibyśmy pierwsi (prowadziliśmy przez cały trójkąt i halsówkę śledzia do ostatnich 300 m, ale wygrał Andrzej, my dzięki "bronie" w prawo na pełnym z trzeciego wyżarliśmy się na drugie ;-) w tym wyścigu i w generalce. Bardzo dobrą jazdę miały dziewczyny (mały wiatr, mała waga - 105 kg ;-), nie szło za dobrze Emilowi i Grześkowi. Ale jutro dalszy ciąg regat, wszystko się może zdarzyć, jak śpiewała pewna polska piosenkarka.

Nie wspomniałem o naszym wsparciu na brzegu :- ) Było bardzo miłe (a teraz jest jeszcze milsze ;-)))) i gorąco nas dopingowało :-)

Drugiego dnia byliśmy umówieni z ekipą z Mrągowa i komisją sędziowską na start o godz 10. Przyjechaliśmy ok. 9.30, myslelismy że spokojnie na luzie sobie wypłyniemy i w razie czego wszyscy na nas poczekają. Ale nie, komisja pokazała kto tu rządzi i 10 min po naszym przyjeździe była już na wodzie. Sprężyliśmy się z klarowanianiem i ubieraniem i na polu startowym byliśmy 2 min. przed startem.

Pogoda była taka sobie, opalania tak jak wczoraj nasze wsparcie nie miało, chłodno, wiatr od 0.5 do 1.5 st B. od brzegu, trasa została zmieniona na trójkąt – śledź – trójkąt – prostą miały być trzy wyścigi (ostatni skrócony, z taką trasą jak pierwszego dnia). Plan był jasny: przypłynąć przed Andrzejem i Jaśkiem i przypilnować resztę ekipy, czyli jednym słowem wygrać wszystko co się da.

Pierwszy wyścig od startu płyneliśmy na trzecim miejscu, ostro kręciło, cały czas atakowaliśmy i pod koniec zabrakło kilku metrów do drugiego, pierwszy Emil i Grzesiek, drugie dziewczyny, Andrzej z Jaśkiem na czwartym (od rana prześladował ich pech, prawie pękła stalówka od foka i po założeniu pożyczonej od Emila chłopaki mieli problemy z trymem masztu, ostatecznie pływali na ustawieniu jak na wiatr 7 B.). Teraz nasz bilans to 9 pkt., tyle samo co Emila, ale bylismy spokojni, nawet ich groźby, że zaraz będą mieli 10 pkt. nie zrobiły na nas większego wrażenia. Drugi wyścig po starcie płyniemy w lekkim stożku, Wojtas po rzucie okiem na prawo i lewo zdecydował się na olanie tej smutnej lewej strony, w którą popłyneli wszyscy i wycieliśmy hals w prawo prawie pod same trzciny. Jak to często bywa (a jeszcze częściej tak nie bywa ;-), opłaciło się i na górze jesteśmy pierwsi, reszta ekipy tuż za nami. Ostro atakowani nie oddajemy prowadzenia, na pełnym na śledziu Emil z Grześkiem byli o krok od wyjechania nas, ale zachowaliśmy zimną krew i wciąż płynęliśmy pierwsi. Kolejna halsówka to pilnowanie ekipy, ostatnie dwie połówki płyniemy już spokojnie (poza ciągłą walką z listwą grota, która na małym wietrze nie przechodziła na druga stronę; nasze rufy wyglądały może mało profesjonalnie - brak zgrania - ale za to były szybkie), ostatnia halsówka to juz spokojne kilka zwrotów do mety i mamy dwa wygrane wyścigi w tych regatach ;- ). Trzeci wyścig to znowu prawa strona, mimo że wszyscy popłynęli w lewo, na gorze jesteśmy drudzy (pierwsze dziewczyny, trzeci Emil, czwarty Jasiu i Andrzej), na pierwszym pełnym poszło dobrze i zrobiliśmy sobie całkiem sporą przewagę nad trzecim Emilem (popłynął w drugą stronę), ale Andrzej był blisko, więc na ostatniej halsówce przypilnowaliśmy ich ostro (za co dostaliśmy ochrzan od Jaśka na brzegu), wykorzystał to Emil, od połowy halsówki zaczęliśmy pilnować właśnie ich i dzięki temu na metę wpłynęliśmy na drugim miejscu. Szybkie liczenie punktów i jesteśmy albo drudzy albo pierwsi.

Na zupie, na którą zostaliśmy zaproszeni (dzień wcześniej też dostaliśmy zupę, ciasto i mandarynki), okazało się, że wygraliśmy ;-). Na zakończeniu dostaliśmy medale i całkiem fajne nagrody (worki żeglarskie Henri Loyda, tak na 40 piwek pojemności), Andrzej z Jaśkiem po delfinie, generalnie to były całkiem miłe regaty, pływało się bardzo miło, Wojtas ucieszony, że go namowiłem na start, nic się nie zepsuło, nie podarło, imprezki wieczorem też miłe (i spokojne).

Ale to dopiero początek przygód. Po pakowaniu i obiedzie w domu wyruszamy z łódkami do Gdańska. Na jednej ze stacji w Giżycku nie ma gazu, a wracać do drugiej (ok 1 km.) nam się nie chciało, bo gaz był na stacji w Wilkasach po drodze. W Wilkasach gazu nie było, ale miał być na stacji w Rynie. W Rynie pierwsza stacja nie ma gazu i jest zamknięta, druga (gaz 24h) też, trzecia na którą zaprowadził nas jakis pierwszoklasista na rowerze tak samo (jakby ktoś pytał, to prowadzi ją pan Cepeenik), nie ma wyjścia, trzeba jechać do Mrągowa. Po drodze kończy się gaz, mamy jeszcze trochę paliwa, ale nie na długo i to się kończy jakieś 8 km od Mrągowa (pierwszy pomysł: „Jasiek, łap tego na motocyklu, jak przechylimy motor, to zlejemy trochę benzyny” – ale się nie dało). Zatrzymujemy się pod górką przy jakimś większym gospodarstwie, spoko, bo stoją na podwórku dwa samochody. Po chwili do bramy podchodzi jakis brudny obdartus i mówi, że paliwa nie ma i że z samochodu to on nie zleje. Wal się na ryj, myślę sobie, idziemy do innych siedlisk. W kolejnym („Pomoc Drogowa Assistance 24 h, wstep wzbroniony”) stary dziadek mówi, że to nie jego i żeby zajść do chaty z drugiej strony. Zachodzimy z Jasiem, wchodzimy do chaty, ale na pokojach nikogo nie ma. Wychodzimy lekko zdziwieni, w sumie tak powinno być, że ludzie są tak uczciwi, że można zostawiać dom otwarty i nic nie ginie. Wracamy do samochodu. Andrzej złapał stopa i koleś zawiózł go do Mrągowa na stację. Z nudów chcemy zatrzymywać samochody i pytać o paliwko, ale nagle jakis Ford kombi tuż przed rozpędzonym tirem robi krawężniki na drodze i wyskakuje z niego Andrzej z 2l napojem – paliwem ;-) Jesteśmy uratowani! A jak Andrzej złapał stopa w drugą stronę? „Sory, nie wiesz gdzie jest hotel Mrągowia? (...) A podwiózł byś mnie za miasto?” Do baku potrzebny jest jednak lejek (zaślepka przy wlewie)....... Na to też jest sposób – odpychamy zaślepkę długopisem, wlewamy paliwo, butelke i długopis wyrzucamy do ogródka obdartusa, ktory nie chciał nam pomóc (trzeba było to jeszcze podpalić) i odpalamy. I kolejny zong – stoimy pod górę, paliwo nie spłynie z baku do przewodów ;-). Odczepiamy przyczepę (zostawiamy z nią dziewczyny i kamienie pod kołami) , wpychamy samochód na górę, ale na płaskim też nie chce odpalić. Zawracamy samochód (skad na tej drodze tyle tirów grzejących chyba ponad 100 km\h?), Andrzej zjeżdza z górki i odpala w końcu maszynę. Podczepiamy przyczepę, kamienie do ogródka (zapamiętam cię, obdartusie i twoja zajebista chate tuż przy drodze) i po chwili w Mrągowie tankujemy pełen bak benzyny. Poprawiamy łódki i jesteśmy znowu w trasie.

U Jasia w Olsztynie krótki odpoczynek, znowu poprawiamy łódki i w drogę do Gdańska. Droga bez atrakcji. Na szczęście. Tylko juz w samej Gdyni na Świętojańskiej mało nie zrobilibyśmy miazgi z pewnej cud blondyny w okularach z długimi kręconymi włosami i komórą przy uchu, która do bani nie biorąc na pełnym gazie wyjechała z podporządkowanej prosto nam pod maskę. Dajemy po hamulcach, zabrakło może ze 20 cm, żeby wbić się prosto w lewy bok jej żółtego Clio (albo czegoś w tym stylu); widzieliśmy cię dokładnie w świetle naszych reflektorów, głupia małpo, mało brakowało a byś nigdy już więcej do nikogo nie zadzwoniła (już widziałem w wyobraźni nasze maszty jak odrywaja się po uderzeniu z przyczepy i jak dwie wielkie dzidy wbijają się blondynie w łeb aż po same salingi, ech to by było dopiero przej***...), na drugi raz nie będzie litości więc uważaj. I to wszystko. Od czwartku Puck. Zdjęcia wkrótce.