Harbor Springs Regatta - 30-31 Lipiec 2005

 

 

Jacht mieliśmy już na miejscu po ostatnich regatach - Mackinack Race. Samochodami dojechaliśmy w czwartek w nocy i zakwaterowaliśmy się w... ośrodku narciarskim, ciekawie położonym przy okolicznych górach. 
W piątek odbyliśmy trening i przygotowaliśmy jacht (mycie dna, drobne naprawy, itd.). Regaty zaczynały się w sobotę. Przez dwa dni planowano rozegrać po jednym wyścigu, którego trasa liczyła około 25 mil. Na zatoce ustawionych było około 30 znaków. Podano 7 różnych konfiguracji trasy, które wybierano w zależności od kierunku wiatru. Mieliśmy mapkę z bojami, ale dodatkowo wbiliśmy wszystkie do GPS-a, aby ułatwić nawigację podczas halsówek. 

Startowaliśmy w sekcji A. Wśród naszych przeciwników była Natalie J (zwycięzca NOOD), dwie bardzo szybkie 70-tki (21 metrów), Ptarmigan (nowy bardzo szybki jacht klasy Turbo) i kilka innych jednostek. Łącznie 9 jachtów.
Na pokładzie mieliśmy Perrego Luisa - szefa miejscowego North Sailsa. Podczas regat bardzo dużo się od niego nauczyliśmy, ma bardzo dużą wiedzę o większych jachtach.

W sobotę start puszczono planowo o 11-tej. Zdecydowanie korzystniejsza była boja startowa. Po dobrych manewrach w momencie startu byliśmy pierwsi przy niej i na pełnej prędkości przekroczyliśmy linię. Warunki były bardzo jeziorowe. Mały wiatr i częste zmiany. Wykorzystywaliśmy silniejsze podmuchy i zmiany kierunku, dzięki czemu przed górną boją byliśmy zdecydowanie pierwsi. W tym momencie zdechł wiatr i wszyscy się zbliżyli. Nie wykonywaliśmy żadnych nerwowych akcji, zostaliśmy na kursie do następnego znaku i opłaciło się to. Powoli zaczęło się znowu rozwiewać i jako pierwsi dostaliśmy szkwały. Przeciwnicy, którzy płynęli szybko, ale nie w kierunku znaku zostali daleko w tyle. Od tego momentu wiało już cały czas. Czasami słabiej, ale przesuwaliśmy się do przodu. Toczyliśmy walkę z jednym przeciwnikiem, który miał lepszy przelicznik niż my i musieliśmy zrobić dużą przewagę. Udało się to dopiero przed metą, kiedy to znowu z naszej strony przyszedł silniejszy wiatr. Przed samą metą wyprzedziła nas jedna 70-tka, która była zdecydowanie szybsza, ale po przeliczniku oddawała nam 20 minut. Tak więc w tym wyścigu odnieśliśmy bezapelacyjne zwycięstwo. Następne jachty (między innymi Natalie J i Patrmigan) wpłynęły około godzinę za nami. 
W świetnych nastrojach spędziliśmy resztę dnia. W niedzielę wiedzieliśmy że będzie wiało mocniej i na zwycięstwo są małe szanse, ale chcieliśmy wypaść jak najlepiej i wykorzystać przewagę z poprzedniego dnia. 

Na starcie znowu korzystniejsza była boja. Ustawiliśmy się najbliżej, jednak za wolno zbieraliśmy żagle i Ptarmigan zdążył nas wyprzedzić. Start nie był udany. Cały czas płynęliśmy w miarę rozsądnie. Dobrze dobieraliśmy żagle, dzięki czemu trzymaliśmy dystans do czołówki i powiększaliśmy nad łódkami za nami. 
Do pewnego momentu... Przed górną boją założyliśmy worek ze spinakerem. Po zwrocie w dużym przechyle zaczęła go zalewać woda. Nikt nie zdążył go przytrzymać i cały spinaker znalazł się w wodzie. Stanęliśmy na dłuższy czas, przez co rywale nas wyprzedzili. Po tej akcji wdarło się sporo chaosu. Musieliśmy szybko odpiąć spinaker, zaczepić genaker, poprzekładać liny. Przy rufach z genakerm wszystko zaczęło się plątać, przez co traciliśmy kolejne metry. Po dłuższym czasie wszystko zostało uporządkowane, ale byliśmy już bez szans na dobry wynik w tym wyścigu. W tym wyscigu zajelismy 7 miejsce. Tak sie ulozyly punkty, ze w generalce zajelismy drugie miejsce, majac tyle samo punktow co pierwszy. Szkoda, mozna bylo wygrac. 

W bardzo złych nastrojach ruszyliśmy do Chicago samochodami. Doman, Andrzej i Jasiek popłynęli jachtem. Powinno im to zająć ponad 30 godzin. Mamy nadzieję na zmazanie plamy podczas następnych regat - Ferve Cup za trzy tygodnie. Będą to ostatnie nasze regaty w USA w tym roku. Chłopaki zostają teraz popracować trochę w Chicago, ja jadę do Bostonu do Jeffa Kenta. Przez dwa tygodnie będę się u niego uczył i pracował, robiąc sprzęt bojerowy.

ZDJĘCIA Z REGAT

 

Marek

Atomic Sailing Team - strona główna