Race Chicago to Mackinack 2005 - start 16 lipca

 

 

Przygotowania 

Jacht mieliśmy dobrze przygotowany i poznany już po ostatnich regatach – NOOD – w czerwcu. Jedyną modyfikacją był nowy system GPS połączony z satelitarna prognozą pogody. Przez kilka dni przed startem sprawdziliśmy wszystko jeszcze raz, umyliśmy dno (Marcin i Doman debiutowali w roli nurka) i zapakowaliśmy prowiant – głównie liofilizę. Dosyć dobrze przygotowaliśmy prognozy pogody, korzystając z Windguru Pro.
Na regaty wypłynęliśmy w 8 osób. Nasza piątka plus trzech właścicieli jachtu - Leszek, Jarek i Robert.

 

Dobry początek 

Wystartowaliśmy o godz. 14 naprzeciwko Monroe Station. Wiało prawie nic i „w twarz”. Niestety takie wiatry miały się utrzymywać przez następne 24h. Bardzo dobrym posunięciem okazało się wysłanie Domana na ostatni saling z lornetką. Wypatrywał większe szkwały. Czasami robiliśmy zwroty „w poprzek” byle tylko dostać się do większego wiatru i płynąć. Dzięki temu po kilku godzinach płynięcia wyprzedziliśmy wszystkie jachty z naszej sekcji i dogoniliśmy inne, które startowały wcześniej. Byliśmy na czele całego wyścigu. Dzięki temu, że jako jedyni płynęliśmy 6 węzłów w silniejszym wietrze nawet szybkie 70-tki i jachty sekcji Turbo nie mogły nas dogonić.
Do wieczora kilka jachtów nas wyprzedziło. W nocy wiatr mocno ucichł, jednak cały czas utrzymywaliśmy prędkość i płynęliśmy w dobrym kierunku. Wiedzieliśmy, że jest dobrze. Znając prognozy i dysponując wyżej wymienionym sprzętem, domyślaliśmy się, że nigdzie indziej wiatru nie może być więcej.
Cały następy dzień rozpędzaliśmy się, na koniec dnia robiąc już 10 knt. Prawdopodobnie zrobiliśmy jednak błąd. W pewnym momencie odbiliśmy od lewej strony jeziora, żeby płynąc po najkrótszej trasie. Przez to ostatnie 60 mil przed zakrętem w prawo (Manitoe Passage – około 2/3 trasy) płynęliśmy mając wiatr w plecy. Trzymając się lewej strony dopłynęlibyśmy w to miejsce zdecydowanie szybszym dla nas baksztagiem.

 

Początek problemów 

Wieczorem, po około 180 milach, przed Manitoe Passage, gdzie wszystkie jachty przechodzą między wyspami zaczęliśmy znowu widzieć inne jachty. Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. Byliśmy wśród najszybszych jachtów. Około nas płynęły GL 70, trimarany i jeden jacht od nas z klasy, który po przelicznikach oddawał nam czas. Po doświadczeniach z przed dwóch lat, miałem nadzieję, że jesteśmy na ostatniej prostej do mety. Nie spodziewałem się, że w tym miejscu jeziora wiatr może zrobić jeszcze jakieś niespodzianki. Po 22. wiatr zaczał gwałtownie cichnąć. W pewnym momencie genaker nagle przestał pracować i stanęliśmy, bujając się na martwej fali. Zrzuciliśmy go, stawiając tzw. wind seeker. Jest to bardzo lekka genua. Postawiliśmy ją na samym fale, bez szotów – tak żeby określiła nam kierunek nadchodzącego wiatru. Po jakimś czasie zaczęliśmy się rozpędzać na prawym halsie, ale już ostrym. Po osiągnięciu 3knt, zmieniliśmy żagiel na „jedynkę – light”. Znowu płynęliśmy dosyć szybko, ale na tej akcji wyszliśmy najgorzej w porównaniu do innych jachtów.
Przez całą noc goniliśmy przeciwników w niesamowitej scenerii i okolicznościach. Nasz system satelitarny pokazywał zbliżający się front, a z przodu odbywał się festiwal świateł. Błyskawice waliły pionowo, poziomo cały czas oświetlając otoczenie. W tym warunkach, płynąc na genakerze robiliśmy około 11 węzłów.
Po około 60 milach spotkała nas jednak ponownie niespodzianka w postaci zerowego wiatru. Przez pewien czas kręciliśmy się wokół własnej osi szukając najmniejszego nawet podmuchu. Dosyć szybko ruszyliśmy ponownie.

 

Finał 

Najgorsze stało się po minięciu ostatniego farwateru, 25 mil przed końcem. Na pokładzie byliśmy naszą „polską” ekipą. Próbowaliśmy wycisnąć jak najwięcej z jachtu widząc już most (znajduje się 3 mile przed metą). W pewnym momencie wiatr zaczął się wzmagać. Zaczęliśmy zmianę przedniego żagla na „heavy”. Wszystko przerwało gwałtowne przyspieszenie łódki i krzyk chłopaków na to co się działo zaraz za nami. Woda podniosła się o kilka metrów, klasyczny biały szkwał. Zdążyłem tylko wyostrzyć do wiatru, żeby nie stracić masztu. Po chwili staliśmy bokiem z nogami za burtą i zakrywając twarze przed wiatrem i szalejącą wodą. W między czasie Jasiek zdążył otworzyć spinlocka od foka, dzięki czemu żagiel wpadł do wody i ocalał. Z grota w ciągu kilkunastu sekund zostały strzępy.
Cała akcja trwała kilka minut. W międzyczasie na pokład wyszła reszta załogi i zaczęliśmy oceniać starty. Szybko zrzuciliśmy to co zostało z grota i postawiliśmy na jego miejsce foka – „trójkę”. Po pewnym czasie dołożyliśmy jeszcze spinaker i tak dopłynęliśmy do mety.
W porcie stały tylko najszybsze jachty regat. W swojej sekcji dopłynęliśmy jako trzeci. Jednak przez to że na koniec wyścigu się rozwiało, inne wolniejsze jachty szybko wpadły na metę i nas przeliczyły. Ostatecznie zajęliśmy 9. miejsce.
Bardzo popsuło nam to humory. Po świetnym początku spodziewaliśmy się lepszego wyścigu. Na zmianie warunków najbardziej straciły szybkie jachty, które w słabym wietrze dotarły do mety. Wolniejsze jachty ostatnie 100 mil płynęły w silnym wietrze, dzięki czemu wszyscy dotarli do mety już w poniedziałek.

 

Podsumowanie 

W porównaniu do tego wyścigu, to co przeżyłem dwa lata temu to był spokojny rejs. Teraz mieliśmy wszystkie warunki pogodowe. Jestem bardzo zadowolony z naszej załogi. Nikt się nie obijał, spaliśmy po kilka godzin przez cały rejs. Cały czas płynęliśmy na 100%. Poznaliśmy już dosyć dobrze jacht. Żagle zmienialiśmy kilkanaście razy, wszystko wychodziło szybko i sprawnie. Czasami obsługiwaliśmy jacht tylko w trzy osoby. 

Na mecie byliśmy w poniedziałek o 9 rano. Po doprowadzeniu jachtu do porządku i krótkim śnie ruszyliśmy na imprezy. Było nawet ciekawie, ale zaskoczyło nas tamtejsze prawo. O drugiej wszystko jest już zamknięte. We wtorek po siedmiu godzinach płynięcia odstawiliśmy jacht do Harbour Springs, gdzie za tydzień mamy następne regaty.
W Chicago po „ciężkiej” podróży byliśmy o 4 w nocy.

ZDJĘCIA Z REGAT

 

Marek

Atomic Sailing Team - strona główna